Coś musi się tu dziać! Niestety
jestem z tych poukładanych i chciałem prowadzić bloga w sposób mocno
uporządkowany ale… jak widać przez to nic się tu nie dzieje.
Czas to zmienić. Dziś coś na
temat Zespołu Muzyki Dworskiej i Myśliwskiej „Echo Kniei”. Zespół działa od
czerwca 2009 roku. Jest nas pięciu. Dwie trąbki dwie waltornie i tuba. To od
strony instrumentów których używamy grając Muzykę Salonu Hubertowskiego. Od tej
strony typowo myśliwskiej posiadamy trzy plessy (małe rogi myśliwskie) i dwa
Parforsy (duże rogi myśliwskie). Tu muszę wtrącić coś na temat chłopaków.
Pierwszą trąbkę a zarazem drugi pless dzierży najmłodszy Mateusz… zawsze gotowy
do działania i wyzwań, uśmiechnięty wesołek. Jest to jeden z naszych nowszych
nabytków ale mogę powiedzieć, że szybko się zaaklimatyzował i zaczyna wrastać w
łowiecką kulturę. Najkrócej jest z nami Jacek (druga waltornia i trzeci pless).
Moje pierwsze wrażenie to cichy zamknięty w sobie a zarazem poukładany
młodzieniec… ale to było tylko wrażenie. Teraz już wiem, że to tylko pozory.
Gość mam wrażenie, że dopiero się rozkręca i aż strach co będzie dalej. Co mogę
napisać o Pawle… Na nim można zawsze polegać. Czy to w zespole czy prywatnie
wiem, że jak trzeba to Paweł zawsze pomoże i nawet spora różnica wieku nie jest
tu odczuwalna. Jest to nasz gość od nut… nasz kompozytor i od czarnej żmudnej
roboty przy przepisywaniu głosów i wszelkich innych modyfikacji. Czasami trochę
cichy może nawet przyczajony, ale nigdy nie wybucha. Zawsze z wyważoną
odpowiedzią przez co bardzo słowny. To nasz puzonista, który po ostatnich
roszadach przejął ode mnie tubę a od jakiegoś czasu przysposabia drugiego
parforsa. Na koniec został jeszcze Kamil. Jedyny który jest ze mną od początku.
Razem jedziemy na tym wózku i znamy się prawie jak łyse konie. On ciągnął ten
zespół w kierunku muzyki przez duże „M” natomiast ja mocno trzymałem ten
myśliwski korzonek i jakoś się udało. Teraz mamy jedno i drugie… Aaa pasuje
jeszcze napisać na czym gra Kamil. Jest to pierwsza waltornia i pierwszy
parfors. I jeszcze co jest charakterystyczne, że jak lądujemy z naszą
muzyką na ulicy to z jego inicjatywy. Zostałem jeszcze ja. Gram pierwszy pless
i od niedawna znowu drugą trąbkę.

Teraz może coś na temat naszej
muzyki. Przede wszystkim gramy muzykę myśliwską czyli sygnały myśliwskie,
marsze i inne utwory towarzyszące oprawie polowań, uroczystości oficjalnych jak
i tych mniej oficjalnych. Drugą naszą działką jest oprawa muzyczna Mszy
Świętych Hubertowskich i Uroczystych, w trakcie których wykonujemy utwory
z „Polskiej Mszy Hubertowskiej” Lecha Głowickiego w opracowaniu Krzysztofa
Kadleca (nowość oczekiwana od lat!). Mamy
również w repertuarze „Niemiecką Mszę Hubertowską „
Reinholda Stiefa,
ale z oczywistych powodów została ona skierowana na boczny tor. Gramy również
utwory biesiadne, myśliwskie i około myśliwskie oraz muzykę dworską. W ostatnim
roku ze względu na duże zainteresowanie oprawą ceremonii ślubnej poszerzyliśmy swój repertuar o klasyczne
utwory grane z tej okazji. Początkowo mieliśmy zapytania od myśliwych, którzy
chcieli w taki szczególny sposób zamanifestować swą przynależność do braci łowieckiej. Teraz zbieramy pokłosie tych uroczystości.
Ludzie dzwonią mówiąc, że nas słyszeli tu i tu i proszą żeby i u nich
zagrać. Więc gramy, przez co docieramy w mundurach do środowisk nie związanych
z łowiectwem przez co pokazujemy, że myśliwi nie muszą wyglądać i zachowywać
się tak jak to pokazują w telewizji.
No i pokrótce to tyle. W kolejnej
odsłonie postaram się zdać relacje z naszego ostatniego wyjazdu.
========================================================================
Tuchola… miejsce jak miejsce…
niektórzy powiedzą dziura… po co sobie gitarę zawracać. Dla mnie to kwestia
wspomnień, powrotu do tamtych ludzi, miejsc i wspomnień. Od kiedy założyłem
zespół to rok w rok planowałem ten wyjazd. W końcu po pięciu latach wreszcie
się udało. Od kiedy Zarząd Okręgowy PZŁ w Rzeszowie objął nad nami patronat to
i marzyć łatwiej. Do rzeczy.
Była godzina 2:00 w piątek
jedenastego lipca 2014 jednostajny dźwięk z telefonu próbował wyrwać mnie ze
snu. Ogarnąłem się sprawnie bo na „wpółdo” byłem umówiony na parkingu z Kamilem
i Mateuszem. Jeszcze tylko szybka zbiórka Pawła i Jacka po trasie i
wszyscy mknęliśmy naszym czerwonym „Reno” jak „OSP do pożaru”. Tu muszę
zaznaczyć, że nasz bus to zasługa mojego teścia który użyczył nam dostawczaka
na parę dni. Było jeszcze całkiem ciemno ale nastroje dopisywały. Trochę
śmiechów, ktoś powiedział coś głupiego i drogi ubywało. Ja jako prezes
stowarzyszenia, kierownik zespołu, organizator wyjazdu byłem również kierowcą i
obserwowałem jak wraz ze świtaniem głosy milkły i zrobiło się cicho. Nawet
Kamil, który miał mnie pilnować i zagadywać usnął z otwartym piwkiem co
zakończyło się zmianą spodni.

Po drodze w planach mieliśmy
Gniezno i Biskupin. Jadąc tyle kilometrów grzech było by nie zwiedzać. Blisko
pierwszego celu na torze kolizyjnym stanął drogowskaz na Licheń. Każdy z nas o
nim słyszał ale nikt nie widział… no przepraszam Mateusz był i widział ale mam
wrażenie, że on był wszędzie(tak bywa). Szybko zmieniliśmy trasę i po paru
kilometrach naszym oczom ukazała się nad lasami „wielka kopuła” błyszcząca
złotem. Muszę powiedzieć, że dużo już widziałem ale ta budowla robi wrażenie. W przypływie
fantazji zafundowaliśmy sobie wejście na wierzę z tarasem widokowym. W połowie
schodów nogi weszły nam wiecie gdzie a tu tyle jeszcze przed nami. Opłacało
się! Widok był obłędny.
Kolejnym etapem wycieczki był
gród z epoki Łużyckiej w Biskupinie. Chłopaki rozpierzchli się po terenie parku
i tylko Jacek chyba podobnie zakręcony jak ja dawnymi czasami dotrzymywał mi
kroku. To była niezła dawka „staroci” pobudzających jak nic innego wyobraźnię.
Niesiony marzeniami około godziny 19:00 dowiozłem ekipę na miejsce.

Szybki meldunek w internacie i
wyskok na rynek. Na miejscu dowiedziałem się, że czeka mnie (i nie tylko mnie)
niespodzianka. Na konkurs przyjadą „Trombale” zespół z Olsztyna, w którym
grałem będąc na studiach. Po rozpatrzeniu się na miejscu przyszedł czas na
próbę bo na następny dzień konkurs a my wciąż jeszcze nie gramy wszystkiego w
punkt. Jakoś poszło ale czuć było niepokój
i można było zauważyć, że nie jesteśmy ograni w nowym składzie. Po
kolacji zabrałem chłopaków i poszliśmy w składzie: perkusja, akordeon i
trąbka przywitać „Trąbali”. Ale byli
zaskoczeni!.. Dla mnie też było to duże przeżycie. Spotkaliśmy się w tym samym
miejscu jak za dawnych czasów choć w innej nowej sytuacji z dodatkowym
obciążeniem w kalendarzu. To było naprawdę super przeżycie…
Potem była już tylko zabawa do
świtu… Nastał dzień konkursu.

XXX Międzynarodowy Festiwal Muzyki Myśliwskiej i
Wieżowej w Tucholi
XII Kujawsko-Pomorski Konkurs Sygnalistów
Myśliwskich
Najpierw występ solowy. Pogoda
nie najgorsza, troszkę mżawki i temperatura nie rozpieszczała ale może to i tak
lepsze od upałów. Pierwszy startował Mateusz… całkiem nieźle mu szło… ale
zdechło. Coś się przestawiło i wyszedł całkiem nowy sygnał. No cóż, jak się
komuś wydaje, że to takie łatwe to zapraszam na scenę! Mi poszło chyba
najlepiej w karierze co zaowocowało trzecim miejscem i tylko nie wiem co stało
się z ocenami dla Pawła bo nie widziałem jakichś poważnych błędów a miejsce
odległe… no cóż nie rozumiem… trudno.
Zespołowo startowaliśmy w klasie
B sygnałów i tu zaskoczenie bo nie spodziewałem się, że pójdzie tak dobrze…
trzecie miejsce to zważywszy na nasz staż i zgranie… supper!!!

Na koniec dnia pozostał nam
występ najważniejszy dla nas bo w Muzyce Salonu Hubertowskiego. Nie poszło
najlepiej. Czwarte miejsce… tu można by się tłumaczyć ale to nie o to chodzi.
Możne lepiej opiszę swoje wrażenia z dnia konkursowego. W przesłuchaniu brały udział zespoły z Austrii, Niemiec,
Węgier, Słowacji i Polski oczywiście. Poziom był różny. Nam najbardziej podobał
się występ Węgrów. Wszystko stroiło… wszystko w punkt… „szacuj” do kwadratu.
Słowacy też nas ujęli ale nie jestem pewien czy w ocenie naszej nie było już
nici sympatii z nocnych wspólnych śpiewów…
Mój zespół mógł posłuchać na żywo rogów w stroju Es (zespół prof. Uwe
Bartelsa) oraz jedynego zespołu w Polsce grającego na rogach francuskich w
stroju F „Trompes de Pologne” – Zespół Rogów Par Force przy Muzeum Łowiectwa
i Jeździectwa w Warszawie (Francuzy wybrzmiewały w trakcie mszy świętej).
Jedno na czym się zawiedliśmy to brak reprezentacji na rogach alpejskich. Ten
niski przejmujący głos emanujący spokojem… bardzo chciałem żeby chłopaki
posłuchali czegoś takiego na żywo… Nie udało się. A jesteśmy na nie mocno
napaleni i może kiedyś będziemy na nich grać… kto wie.
Po
kolacji odbyło się ogłoszenie wyników a później urządziliśmy z chłopakami małą
biesiadę na stołówce. Dla mnie ta noc przyniosła jeszcze jedną ważną
niespodziankę. Moje marzenie o grze na rogu francuskim ziściło się. Miałem
możliwość popróbować troszkę i o dziwo szło na tyle dobrze, że jest szansa na
przyszłość zagościć w tym prestiżowym zespole…. kiedyś bo dopóki mieszkam w
bloku to nie chcę tego zrobić sąsiadom i tak już sporo znoszą. Niedziela była
już luźna. Pokrzątaliśmy się do obiadu po którym ruszyliśmy w trasę powrotną. W
planach był nocleg w Toruniu. Zakwaterowaliśmy się w „Domu Pielgrzyma” i
ruszyliśmy na rynek gdzie mieliśmy w planach obejrzeć finał mundialu. Znaleźć
knajpkę wolną tego wieczoru nie było łatwo. Zamówiliśmy pizzę, którą
sponsorował nasz występ uliczny podczas festynu folkowego w napotkanym po
drodze miasteczku zakochanych (Chełmnie). Pani kelnerka dawno nie widziała tylu
drobnych… nie wiem jakie zrobiliśmy na niej wrażenie ale dostaliśmy jeszcze
gratisy od firmy… było naprawdę sympatycznie. Toruń nocą jest piękny (mam na
myśli starówkę).
Nastał
poniedziałek i czuć było, że wracamy. Jeszcze tylko pożegnanie ze starym
miastem i w drogę. Te parę dni wymęczyło mnie na tyle, że przed Warszawą
zmagałem się ze snem, który rozganialiśmy graniem i wspólnym śpiewaniem lub
darciem (jak kto woli). Postanowiłem, że muszę się zdrzemnąć dzięki czemu
chłopaki mieli dwie godzinki na zwiedzanie stolicy(konkretnie starego miasta).
Do Mielca dotarliśmy późnym wieczorem…
Podsumowując
to był chyba nasz najlepszy wyjazd jak do tej pory. Zresztą wyjazdy z użyciem
naszego „zaprzyjaźnionego busika” zawsze są fajne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz